Kończąc szkołę średnią wiedziałam, że chcę studiować żywienie człowieka. Chciałam być dietetykiem. I jakaż była moja radość gdy po studiach dostałam pracę w jednej ze znanych firm oferujących diety on-line. Czułam się wielką szczęściarą! Świat u moich stóp! Dostałam pracę marzeń i to bez znajomości! I jakże szybko się rozczarowałam. Takie brutalne zderzenie z rzeczywistością. Okazało się, że ważne są tylko określone formułki, procedury i jadłospis, który układał program. A klient to kolejny numer w systemie. Czy o to właśnie mi chodziło? Czy tak chciałam pracować? Gdzie w tym wszystkim jest człowiek, który przyszedł tu po pomoc? Gdzie to indywidualne podejście, o którym tyle się uczyłam? Szybka decyzja – to nie dla mnie. Moja etyka dietetyka jeszcze kilka razy dała znać o sobie przy próbach nawiązania współpracy z innymi firmami. Zawsze było tak samo. Sprzedaż przede wszystkim – im więcej tym lepiej. Jakże to się gryzło z moim podejściem do klienta. I moją wizją pracy dietetyka.

 

Od lat moje spotkania z klientami opierają się na partnerskich zasadach. Działam intuicyjnie. A gdy rozpoczęłam kurs diet coachingu miałam pewność, że jestem na właściwej drodze. To dzięki kursowi jeszcze lepiej potrafię słuchać i wyłapywać to, co między wierszami, o czym trudno powiedzieć. Drążę tematy pozornie nie związanie z jedzeniem. To wszystko działa fantastycznie! I choć cudotwórcą nie jestem to towarzyszę w małych cudach. To dzięki takiej pracy miły pan Krzysztof 60-latek jeździ teraz na rowerze ponad 20km dziennie i bez problemów robi przysiady. A gdy przyszedł do mnie pierwszy raz miał problem z wejściem po schodach bo duży brzuch, nadmiar kilogramów, ból kręgosłupa. I to cierpienie w oczach z pytaniem czy da się jeszcze coś zrobić?

 

Każdy sukces moich klientów to także mój sukces. Bo dopóki się nie poddasz zawsze można coś zrobić.